poniedziałek, 18 czerwca 2012

il gusto di commissario Brunetti

Kojący oddech palących od słońca marmurowych uliczek
i unoszący się zapach nie zawsze świeżych kanałów.
Wznoszenie się i opadanie na licznych mostkach w rytm fal laguny i tętna żyjącego miasta.
Miasta zbudowanego na wodzie.
Ogromny targ zmieszczony na uliczkach, które nie raz da się objąć ramionami.
Pierwsze spojrzenie na Wenecję trochę odmienne niż zwykle,
trochę odmienne bo przez żołądek... :)



Trzeba przyznać, że czytanie książek kompletnie zmienia patrzenie na świat. Tuż przed jednodniową wizytą w Wenecji skończyłam czytać jedno z kryminalnych opowiadań autorstwa Donny Leon o rodowitym wenecjaninie. Komisarz Brunetti między zajmowaniem się wyjaśnianiem zbrodni i przestępstw popełnionych na obszarze laguny poświęca swój czas na celebrowanie starannie dobranych posiłków. Swój wenecki dzień spędziłam wypatrując go w miejscach, w których podobno bywa i w ten sposób trafiłam na coś bardzo blisko z nim związanego... :)


Idąc kawałkiem trasy, którą książkowy komisarz pokonuje codziennie z pracy do domu usłyszałam narastający gwar. Kto by się spodziewał na wąskich uliczkach często przeradzających się w zabrudzony kanał znaleźć tak rozległy targ.


Obiektyw zwariował ze szczęścia wraz z aparatem wyrywając mi się z rąk i chcąc robić kolejne zdjęcia. Nie będę się przyznawać ile tak naprawdę mam zdjęć z Wenecji bo ta liczba jest totalnie niepoważna. Po wejściu na teren targu zaczęłam pstrykać jak opętana skacząc od kanału, do kanału i od stoiska do stoiska.
Zdjęcia w większości są krzywe, nieostre i źle skadrowane ale i tak nie mam serca ich usuwać. 


Jak na wodne miasto przystało największą część targu zajmowały ryby i wszystkie inne wodne stworzenia zdatne do spożycia. Od kalmarów, małż i małych ryb słonowodnych aż po ogromne stworzenia których sama głowa zajmowała pół stołu. Widok ten niezbyt mnie zachęcał ale każdy wytrawny rybny smakosz odnalazłby w tym miejscu swój raj.


Powietrze nasycał szmer dziesiątek rozmów a sprzedawcy kompletnie nie zwracali uwagi na fotografów. Czasem któryś z nich uśmiechnął się w moją stronę, po czym wrócił do swojej pracy udając, że nie słyszy po raz setny rozkosznego dźwięku powstawania kolejnego zdjęcia. 


Dochodziło południe. Z różnych stron miasta dały się słyszeć kościelne dzwony, na stoiskach ubywało ryb. Kilka razy byłam niemalże pewna, że wśród tłumu dostrzegam komisarza Brunettiego kupującego kilka ryb na obiad. Do godziny pierwszej po targu zostały jedynie puste stoiska czekające na kolejny przepełniony dźwiękiem wydawanych pieniędzy poranek. 


Wtedy dopiero do akcji wkroczyła ostatnia "grupa" klientów.
 Od rana dziesiątki mew kręciły się w okolicach targu w smakowitej aurze rybnego zapachu. 
Czekały spokojnie aż panowie sprzedający ryby zamkną interes zostawiając im smakowite kąski...


i już rozmarzone myślały o drugim śniadaniu... ;)


1 komentarz:

  1. Już po lekturze tego posta wiem że będę tu częstym gościem. Ta notka przyciągnęła moją uwagę dużą ilością obrazów także w słowach oraz zgrabną pointą. Oby tak dalej, bo idziesz w dobrym dla mnie kierunku :)
    Nadrabiam czytelnicze zaległości i życzę wytrwałości.

    OdpowiedzUsuń