wtorek, 13 czerwca 2017

Sevillana



Rzymskie ruiny, mauretańska architektura i gotycka katedra przeplecione nowoczesnymi budynkami, ogrodami na dachach i zapachem churros. Sevilla jest miejscem, z którego nieco strachliwie spoglądam za krawędź przepaści. Jest beztroską, trochę samotnością, spacerami w stronę oślepiającego słońca i sporą ilością przeczytanych książek. Jest domem, do którego tyle razy wracaliśmy z różnych wyjazdów, wyjściem ze strefy komfortu i początkowo byciem kimś totalnie nie pasującym do otoczenia. Jest godzinami śmiechu i momentami zwątpienia, witaniem się z przyjaciółmi i żegnaniem ich na dworcu. Jest rowerem jadącym niepewnie po popękanym bruku i nocnymi powrotami do mieszkania. Upałem, muzyką, pomieszaniem uczuć, sangrią wpadającą do kieliszka. Andaluzja wlała się powoli i dokładnie wprost do mojego krwiobiegu. Każdy, kto jakiś czas mieszkał za granicą pewnie zna to słodko-kwaśne uczucie - ogromna chęć powrotu do domu mieszająca się z silnym przekonaniem, że  zostawia się za sobą miejsce, które również jest już domem. 


Myślę, że doświadczenia składają się z uczuć i dlatego zawsze pozwalam sobie czuć wszystko.Nie udaję twardziela. W końcu tyle literatury, tyle poezji i muzyki powstało właśnie z tych słabszych momentów. Są dla mnie czymś pięknym i celebruję każdą ich sekundę bo wiem, że robią ze mnie człowieka, którym jestem do szpiku kości. Wiem też, że końcowo urośnie z nich coś dobrego. Dzisiejszy wpis nie jest wpisem turystycznym. Nie powiem gdzie iść, co jeść, w który dzień muzea są za darmo. Dzisiaj dzielę się nostalgią, złamanym sercem i wielką miłością do miasta, która nie była oczywista i prosta. 


Kończenie studiów jest momentem dość przełomowym, zwłaszcza kończenie ich w taki sposób. Głowa pęka mi od pomysłów i obaw, marzeń i planów. Nie mam pojęcia od którego zacząć i jak się do tego wszystkiego zabrać ale idąc wieczorem wzdłuż Guadalquiviru i obserwując trening kajakarzy myślę sobie - wszystko się ułoży. A jak pewnie wiecie, nie zawsze jest to myśl tak oczywista. :)


Sevilla wyrzuciła mnie z dość stabilnych już torów. Zmieniła perspektywę, zindywidualizowała tok myślenia, mocno rozproszyła. Nie jestem typem osoby szalejącej w klubach, od początku nie nadawałam się do imprezowania w stylu, z którego Erasmus jest najbardziej znany. Nie znałam za dobrze języka, akcent andaluzyjski utrudniał mi rozumienie tego, co może zrozumiałabym w nagraniu z podręcznika do hiszpańskiego. Na początku byłam tym zbita z tropu, teraz jestem w stanie nawiązać bardzo podstawową rozmowę, a przede wszystkim nie wpadam w stan przedzawałowy jak ktoś się do mnie odezwie. Z punktu widzenia, co by nie powiedzieć, nauczycielki angielskiego, wiem, że to ogromny progres jak na okres 5 miesięcy, w których bez przerwy skupiałam się na podróżowaniu i pisaniu magisterki a nie na nauce języka. 


Idę więc wąskimi uliczkami dzielnicy Santa Cruz. Przyjaciółka wysyła mi zdjęcie mojej wydrukowanej i oprawionej pracy magisterskiej, na maila dostaję wynik z ostatniego egzaminu. Magicznie jest kończyć ten etap swojego życia w takim miejscu. Zielone papugi latają mi nad  głową, palma osłania od słońca, z najbliższego baru słychać stukot filiżanek, coś się rozbija, leci hiszpańskie przekleństwo.


A prawie na Erasmusa nie pojechałam. Na początku studiów w ogóle nie brałam go pod uwagę, potem pomysł pojawił się od niechcenia (mimo tego, że brat od lat suszył mi głowę - jedź, jedź, jedź!) to reagowałam dość zachowawczo. Odszczekuję teraz i w pełni świadomie mówię - nawet jak myślisz, że się nie nadajesz - jedź! To takie oczywiste ale troszkę mi zajęło odkrycie faktu, że to jak wygląda Twój wyjazd zależy tylko i wyłącznie od Ciebie. Jeśli lubisz imprezować, będziesz w niebie. Jeśli podchodzisz do tego podejrzliwie, możesz iść na jedną imprezę i uciec w momencie przetrzeźwienia (polecam:) ). 


W Andaluzji czas płynie wolniej. Umawiasz się na 22, a o 22:15 zaczynasz zbierać się z domu.  Wszystko jest delikatniejsze, chyba, że ktoś wpadnie w szał - nigdy nie widziałam tak żywiołowych kłótni, jak te hiszpańskie. Ludzie mają Cię uprzejmie, bo uprzejmie ale w głębokim poważaniu. Kelner nie skacze nad klientem, ktoś wpadając na Ciebie nie rzuca się przepraszać jak w Wielkiej Brytanii. Ludzie stają za blisko, mówią za głośno. Wiadomo, ile osób, tyle odczuć a moje z pewnością są bardzo outsiderskie i subiektywne. 






Moja skomplikowana relacja z Sevillą opiera się na głębokim i niezachwianym przekonaniu, że jestem osobą, która najlepiej czuje się w Wielkiej Brytanii. Andaluzja utwierdziła mnie w głębokim zamiłowaniu do kultury i historii brytyjskiej. Z racji historycznych małżeństw królewskich, bliskości Gibraltaru, więzów krwi między hiszpańską i brytyjską "arystokracją" odkryłam tu dość sporo powiązań. Zainteresowanie historią wysp pociągnęło za sobą ciekawość co do historii Andaluzji. Co z dalszej perspektywy jest trochę śmieszne, bo jeszcze w liceum żaden był ze mnie historyk... :)


Sevilla jest mieszanką wszystkiego. Jackie Kennedy odkrywała tutaj hiszpańską kulturę, rodzice Katarzyny Aragońskiej połączyli wcześniej istniejące królestwa w jedno i doczekali wypędzenia Arabów z półwyspu Iberyjskiego. Krzysztof Kolumb właśnie tutaj prosił o zgodę na swoją podróż, Sevilla stała się więc centrum hiszpańskich podbojów za oceanem, które wielokrotnie stanęły na drodze Anglikom. Tu mieszkała słynna artystokratka hiszpańska spokrewniona z Jakubem II Stuartem, mnóstwo Anglików przyjeżdża tu nie tylko na wakacje ale również na emeryturę. Tutaj kręcono fragmenty Gry o Tron i  Star Wars. 


Rzymianie, Wizygoci, Muzułmanie, Chrześcijanie. Wypędzone mniejszości żydowskie i arabskie. W XVI wieku Sevilla była najbogatszym miastem w Hiszpanii dzięki handlowi z koloniami w Ameryce. Cervantes napisał Don Kichota przebywając tutaj w więzieniu. Malarze tacy jak Velázquez, Murillo i Zurbarán tworzyli właśnie tutaj. 


Kontynuując wyliczanki - flamenco nigdzie nie jest tak intensywne jak tutaj zarówno pod kątem muzyki jak i tańca. Sevilla jest również miastem, w którym aktywnie utrzymywana jest tradycja corridy, a zwyczaje takie jak obchody Semana Santa i Feria de Abril są niezachwianie podtrzymywane od lat. I nie wyglądają one jak podobne święto mogłoby wyglądać w Krakowie - kilka osób na krzyż przebranych w strój krakowiaków na rynku. Tutaj w trakcie Feria de Abril całe miasto jest zdominowane ludźmi w tradycyjnych strojach - grubi, chudzi, starzy i młodzi - dziwnie wygląda się będąc ubranym zwyczajnie. 


 Dochodząc do pointy, zupełnie z głupa trafiłam na historyczną i kulturową perełkę, która bardzo rozwinęła moje zainteresowania. Wracając więc do strachliwego spoglądania przed siebie - myślę, że Sevilla bardzo subtelnie podsunęła mi prawdę o tym, co zawsze mnie ciągnęło nie tylko w podróżowaniu ale i w całych moich studiach. 


Grzebanie. Odkrywanie. Najpierw rozumienie bardzo pokraczne, potem docieranie do czegoś więcej. Rozmawianie z ludźmi na ten temat. Doczytywanie. Ciągłe doczytywanie czegoś. I odkrywanie, że miejsce, które początkowo wydawało się być najbardziej skrajną ucieczką od filologii angielskiej okazuje się być brakującym elementem delikatnie szepczącym mi wprost do ucha wszelkie odpowiedzi. 


Nie umiem się żegnać. Przed wyjazdem z Edynburga dwa tygodnie chodziłam struta. Głównie dlatego, że wiedziałam, że już nigdy nie wrócę do Szkocji na tych samych zasadach. W innym celu, z innymi ludźmi, na inną ilość czasu. I niestety wiem, że to uczucie mi nie minęło, nie ma tygodnia, w którym nie pojawia mi się myśl w stylu " A może by tak rzucić to wszystko i pojechać do Edynburga."


Im człowiek szczęśliwszy, tym bardziej robi się nostalgiczny. Sevilla jest już moim miastem i zawsze będę czuła, że częściowo jestem sevillana, choć w sposób bardzo niedosłowny. Ale to piękne, piękne, że miasto dostosuje się do każdego odbioru i w każdym sercu wyżłobi sobie miejsce o nieco innym kształcie. 


 Od kilku dni mam wrażenie, że budynki nieco się nade mną pochylają. Tak jakby chciały mi się dokładnie przyglądnąć i zapamiętać. Wiem, że wrócę, wrócę i to nie raz ale już nigdy jako studentka. Nigdy tak niezależnie, nigdy z uczelnią dającą kieszonkowe na utrzymanie się tylko dlatego, że zdecydowałam się wyjechać. Nie będzie tych samych osób na miejscu, tych samych osób odwiedzających, tego samego pierwszego wrażenia.



Bardziej niż moment rozstania się z miastem czuję, że jest to moment pożegnania z pewnym etapem, który w mojej głowie na zawsze zostanie zawieszony między dachami Sevilli. I... wiecie co, w tym momencie jest to cholernie trudne. 




 Kocham pisać i myślę, że poprzez pisanie i czytanie można nawiązać niesamowitą nić porozumienia. Może akurat trafię na czytelnika, który czuje się podobnie, który czuł się tak kiedyś lub po prostu jest to w stanie zrozumieć. Taki smutek ze szczęścia, przerażenie w nadziei i gardło ściśnięte nie wiedzieć to w jakiej emocji.



Choć momentami dawałaś mi w kość, będę za Tobą tęsknić Sevillo, jak nic innego stałaś się częścią mnie.







Już za kilka miesięcy ruszają bezpośrednie loty z Krakowa do Sevilli. Zastanawiając się nad wyjazdem, choćby weekendowym weź to pod uwagę. 



A jeśli uda Ci się kiedyś przechadzać bulwarem nad Guadalquivirem o zachodzie słońca to wyjmij słuchawki z uszu, zamilknij na chwilę i pozwól Sevilli cicho poszmerać. Może też przyszmera Ci coś dobrego.




3 komentarze:

  1. Jakie to osobiste i prawdziwe... masz taką lekkość pisania!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wzruszyłam się tym wpisem... Pisząc, poruszasz moje serce i czuję to co Ty Natalio, każdą cząstką mojej duszy. Pewien etap życia za Tobą ale pomyśl ile jeszcze przed Tobą! Z takich chwil, z takich wzruszeń i emocji składa się piękne, bogate, wspaniałe życie. Jesteś wrażliwą, dobrą i ciepłą osobą a takie delikatne istoty jak Ty przeżywają wszystko z wielką intensywnością. To wielkie szczęście mieć taką piękną duszę. Nie zmieniaj się i bądź zawsze szczęśliwa ��❤

    OdpowiedzUsuń