piątek, 13 lipca 2012

postcards from Italy

 Europa daje wymagającemu podróżnikowi sporo różnych możliwości. Możesz łowić łososia na Islandii, albo żeglować w Grecji. Możesz pobrudzić się nieco na francuskiej riwierze, lub wznieść się jak latawiec dzięki specyfikom, które oferuje Amsterdam. Możesz imprezować do upadłego na Ibizie lub zdobywać londyńskie galerie. Możesz degustować francuskie wino i sery, albo upajać się wieczorem flamenco w Andaluzji.
 I nawet jeszcze nie dotarłeś do Włoch! 


A gdy już tam dotrzesz....


... to z pewnością stracisz głowę. :)


Gdy jesteś na północy, Alpy obejmują Cię mocnym, matczynym uściskiem. Gdybyś tam mieszkał w małym ceglanym domku, miałbyś pół kilometra winnicy do najbliższego sąsiada. Toż to raj panie, toż to raj!


Zabytkowe miasteczka, wąskie uliczki i dźwięk spadających garnków w restauracji, która zawsze jest blisko. Przepełnione gwarem place i piłka odbijająca się od kolorowych ścian wieloletnich budynków.


Jadąc przez Włochy wznosisz się i opadasz, wznosisz i opadasz, kręcąc kierownicą jak oszalały na jednokierunkowych uliczkach szerokości Twojego samochodu, lub kilka godzin tkwisz w bezruchu ziewając na autostradzie.


Nie wspominając nawet o tych wszystkich Michałach Aniołach, Da Vincich i innych Rafaelach, którzy sprawiają, że zaczyna Ci się kręcić w głowie. A w dodatku to nie wszystko, bo w praniu okazuje się, że więcej jest zawsze tych, których wcześniej nie znałeś. 
I musisz to wszystko zwiedzać, musisz oglądać i wszystkim się zachwycać.


Żeby dostać choroby włoskiej nie musisz nawet odwiedzać większych miast i ich głównych placów. W pierwszej lepszej mieścinie zawsze znajdziesz uliczkę, która sprawi, że zmiękną Ci kolana, a migrena bezlitośnie zaleje Twoją głowę.
 Tak, drogi turysto.
 Mroczki przed oczami na widok pięknej uliczki to właśnie objawy choroby włoskiej.


 Ja już nie mogę, ja już nie mam siły... - mówisz do siebie i innych docierając po omacku do samochodu.
Postanawiasz zatrzymać się w małej mieścinie na popołudniową kawę, co by postawiła Cię na nogi po męczących doznaniach całego dnia.
- Małe miasteczko, żadnych zabytków, stosunkowo krótka historia... tu na pewno nic nie będzie.



 I przypadkowo trafiasz na miasteczko, w którym każda ściana i okiennica jest innego koloru.
Tracisz przytomność z filiżanką espresso przytkniętą do ust.
Włoska kawa kopie Cię tak mocno, że jeszcze tego samego dnia pędem uciekasz...
 do Austrii chociażby bo blisko.
Popatrzeć tam na krowy leniwie przeżuwające trawę na alpejskiej łące.
I żadnych Michałów Aniołów, tylko łaty... uspokajające krowie łaty i przemielona trawa...
I bądź tu turystą w Europie.
Uff...





1 komentarz:

  1. kocham tę Twoją wycieczkę, kocham, kocham, kocham, słów nie mam, podobają mnie się takie pocztówki, torba na wyjscie się sama pakuje jak to widzę... <3

    OdpowiedzUsuń