czwartek, 15 czerwca 2017

Współczesna kultura podróżowania, czyli jak momentami tracę mowę



Miejsce akcji: Ronda w Andaluzji. Stanowczo za duża liczba turystów przebiera nóżkami na niewielkim kawałku płaskiej powierzchni punktu widokowego. Niektórzy wskakują na dość niepewnie wyglądające skały w celu zrobienia perfekcyjnego selfie, na którym i tak tej skały nie widać. Grupa chłopaków rzuca kamieniami na dno kanionu. Słyszę ich rozmowę prowadzoną logiką osób podpisujących się na rzymskim Koloseum, śmieją się do siebie, że muszą coś za sobą zostawić w Rondzie, Ty też, no nie bądź cienias. 
- Na dole jest ścieżka, właśnie mogliście rozbić komuś głowę - mówię przez zęby.
Chwila konsternacji.
- Nawet nas nie strasz, hehehe! - puszczają mi oczko.
Rzucają jeszcze  jeden kamień, nieco lżej i nieco bliżej, ewidentnie przygaszeni moją uwagą ale chcący mieć ostatnie słowo w dyskusji. A teraz pomyślcie o tym, że dolną ścieżką mogło biec dziecko. Mogła gonić je matka. Młoda para na miesiącu miodowym, para emerytów w milczeniu podziwiająca most, chłopak wysyłający zdjęcie swojej dziewczynie, która nie mogła z nim przyjechać. Głuche uderzenie, ciemność. Niewątpliwie coś by w Rondzie zostało. 
Podróżowanie jest czymś niewątpliwie pięknym, jedną z niepowtarzalnych form edukacji i zdobywania różnorodnego doświadczenia. W dobie tanich lotów i rosnącej mody na podróże nieco zaciera się jednak granica między podróżnikami pasjonatami a podróżnikami idealnego selfie. I choć tylko kilka razy nieśmiało wystawiłam koniec nosa poza Europę to od lat mam możliwość dość aktywnej obserwacji środowiska turystycznego. A to co widzę jest często przygnębiające.

W ramach wakacyjnego zarobku pracowałam w Edynburgu jako osoba sprzątająca w hotelu. Miałam więc bezpośredni wgląd na to jak potrafią wyglądać pokoje zostawione przez turystów po tygodniu, weekendzie, a nawet po jednej nocy. I choć wtedy bez mrugnięcia okiem wszystko sprzątałam to nie byłam w stanie opanować dość naturalnie pojawiającego się pytania- jakim cudem wyjazd turystyczny pozbawia ludzi podstawowej przyzwoitości, higieny i szacunku do pracowników miejsca, w którym się zatrzymują? Zwyczaje brudzenia można podzielić na narodowości i przeprowadzić indywidualne badania na ten temat ze szczególnym uwzględnieniem stopnia obrzydliwości. Z perełek humorystycznych nigdy nie zapomnę artysty występującego jako Yellow man, który na widok mojej przerażonej miny po zobaczeniu całej umywalki, łazienki, pokoju i pościeli w mocno pigmentowanej żółtej farbie rzucił od niechcenia " to zejdzie wybielaczem".  Na kolana obsługo, szoruj. 

Kontynuując tą myśl można do niej podpiąć wszelkie roszczeniowe sytuacje, które stawiają turystę na piedestale, ponieważ płaci. Kawiarnie, restauracje, muzea, transport, nocleg, wydarzenie kulturalne, wszystko ma być idealne. W momencie gdy nie jest, upoważnia płacącego do wprowadzenia rozmowy na etap "pan kontra sługa". Agresywne, nie raz seksistowskie komentarze w stronę młodych kelnerek, które w przerażeniu pierwszym dniem pracy coś rozbiły, złość na błąd przemęczonego recepcjonisty, oburzenie na kierowcę, który przyjeżdża z opóźnieniem i jeszcze ma czelność zjeść kanapkę przed wpuszczeniem mnie do autobusu. 

Kolejną rzeczą, na którą już nie raz zwróciłam uwagę jest ślepe zakładanie, że za granicą nikt nie jest w stanie zrozumieć mojego języka, więc swobodnie i na głos mogę mówić o tym jaki ktoś jest brzydki, gruby, za niski, za wysoki, wstaw dowolny potencjalnie obraźliwy przymiotnik. Pomijając Polaków, czasem jest się w stanie przecież zrozumieć szczątkowe słowa w zupełnie innym języku, lub wyczuć ton wypowiedzi. W tym samym stylu są również wszelkie nagle rozmnożone wulgaryzmy, człowiek na wakacjach to i bardziej wyzwolony, a więc kurwy i chuje swobodnie odbijają się od ścian gotyckiej katedry. 

Ciekawe czy Orwell byłby z siebie dumny, gdyby widział na jaką skalę ludzie sami dają się obserwować. Bez przerwy, w każdej sytuacji. I choć sama próbuję się usprawiedliwiać bo fotografia, bo ładne miejsce, bo fajnie pokazać gdzie się było, bla bla bla, to jest to punkt, którego sama jestem w pewnym stopniu winna. Mówię o sytuacjach, w których gapimy się w telefon mając przed nosem zabytek, za którego zobaczenie zapłaciliśmy dość sporo. Te dziesiątki selfie na telefonie (bez selfie się nie liczy!),  pół godziny spędzone na złapaniu idealnego układu twarzy w kontraście do minuty poświęconej na rozejrzenie się dookoła siebie. Konieczność połączenia się z wifi. Wszechobecne skupienie na sobie, na polubieniach, na tym co dzieje się w mediach społecznościowych. Ostatnio zaczęłam zapominać zabierać ze sobą telefon. Gdy z kimś rozmawiam leży w torbie a nie na stole tuż przede mną. Choć w podróży Facebook bez wątpienia jest jakąś namiastką strefy komfortu to przykro się robi widząc rząd turystów siedzących w pięknym parku i wgapionych w świecące ekraniki. Albo tłum telefonów wzniesionych nad głowy na koncercie. Zrób jedno zdjęcie, schowaj go i daj się porwać czemuś realnemu. 

Wszystkie te rzeczy są jedynie czymś przykrym, prostotą ludzką i zwykłym egoizmem wylewającym się w momencie rozluźnienia, który nie zawsze jest czymś czysto negatywnym. To, co mnie skłoniło do stworzenia tego wpisu jest czymś znacznie poważniejszym, czymś w kształcie kamienia lecącego wgłąb kanionu i towarzyszącym mu szczerym śmiechem. 

Turysta turyście oczywiście nierówny, co mogłoby prowadzić do polemiki na temat nazewnictwa - turysta, podróżnik itd. Dziś nie piszę o dziesiątkach sytuacji, w których pomogła mi zupełnie obca osoba. W której ktoś, z kim rozmawiałam zaledwie kilka minut potrafił poruszyć mnie dogłębnie i zmienić mój tok myślenia. Nie mówię o pasjonatach, osobach życzliwych, pomocnych i kulturalnych. Zwracam uwagę na tych, którzy zapomnieli spakować zdrowy rozsądek bo doprowadza to do sytuacji, które mrożą mi krew w żyłach i potrafią spowodować nie tylko krzywdę własną ale i zupełnie przypadkowej osoby. A w końcu podróżowanie ma być ciągłą drogą a nie jej zakończeniem. 

Casa di Giulietta, Werona

Jeśli na klifie znajduje się barierka, to ma jakąś funkcję. I nie rozumiem czemu zdjęcie z nią w kadrze jest czasem uznawane za wizualnie gorsze. Wszelkie sytuacje z wychodzeniem w mało bezpieczne miejsca tylko i wyłącznie w celu zrobienia zdjęcia wydają się być plagą ostatnich lat. Czy ta alternatywna, bezpieczniejsza wersja naprawdę byłaby o tyle gorsza? 
W jaki sposób kamień rzucony przed siebie coś zmienia? Czy takie sytuacje naprawdę komukolwiek imponują, czy raczej wywołują chwilowy śmiech tuż przed tym jak zostaną zapomniane?
Jeśli jakiś mur stoi od setek lat, to czemu niszczyć go samolubnym podpisem? Nie lepiej napisać książkę, zostać wynalazcą, namalować obraz, lub zrobić cokolwiek własnego, żeby być zapamiętanym? Po co odpalać papierosa w tłumnej kolejce ludzi, którzy nie są w stanie się odsunąć, skoro można kogoś poprosić o zajęcie miejsca i odejść na bok. Czemu będąc w podróży nagle zapomina się o sztuce sprzątania po sobie? Tak właściwie to po co Ci w tej chwili internet? Sama bardzo często zadaję sobie różne podobne pytania i z wyjazdu na wyjazd staram się zwracać uwagę na więcej rzeczy.

Za każdym razem jak widzę młodego mężczyznę stojącego na krawędzi klifu i śmiejącego się do zdjęcia to coś ściska mi gardło. Jak widzę osoby w bezmyślny sposób stwarzające zagrożenie dla innych to otwiera mi się nóż w kieszeni. Podróżując ostatnio ze sporą częstotliwością spotykam się z ogromną ilością wypadków, bardzo często wynikających z lekkomyślności i głębokiego przeświadczenia, że na wakacjach nie trzeba myśleć. Uważam, że należy o tym mówić, że warto podejść do kogoś i zwrócić uwagę, w życzliwy sposób przypomnieć o jakimś zakazie. A otrzymując niekiedy mało uprzejmą odpowiedź, z całych sił, o ironio, powstrzymać się od popełnienia morderstwa w afekcie, odwrócić się i odejść. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz