niedziela, 18 czerwca 2017

Alhambra


 Rok 1492 był okresem przełomowym na półwyspie Iberyjskim. W ciągu tego samego miesiąca królewska para, Izabela i Ferdynand, wydała dekret wypędzający wszystkich Żydów z granic państwa oraz zezwolenie na przełomową podróż Kolumba. I choć dla większości znana data głównie wiązana jest z zamorskimi podbojami to gwałtowne i brutalne wypędzenie około 200 000 Żydów przez Hiszpańską Inkwizycję było niezwykle istotnym historycznie momentem. No dobrze, a co to wszystko ma wspólnego z Alhambrą? Otóż Żydzi nie byli jedynym wypędzonym w tym roku narodem. 



Na początku VIII wieku na półwyspie Iberyjskim osiedlili się Maurowie, szybko zdobywając większość terenów dzisiejszej Hiszpanii. Swoją ziemię nazwali Al-Andalus, skąd też obecna nazwa południowego regionu Andaluzja. Od XIII wieku chrześcijanie stopniowo zmniejszali tereny arabskie aż do momentu kompletnego osamotnienia wciąż mauretańskiej Granady.


Pod koniec XV wieku, na samym początku magicznego roku 1492, silna unia jednocząca Hiszpanię poprzez małżeństwo Izabeli Kastylijskiej i Ferdynanda Aragońskiego zmusiła mauretańską Granadę do kapitulacji. Po wypędzeniu Arabów jedyną przeszkodą do stworzenia w pełni chrześcijańskiego kraju byli wcześniej wspomniani Żydzi. Pozostali na terenie Hiszpanii Arabowie i Żydzi dostali więc szybkie ultimatum - przejść na chrześcijaństwo lub opuścić półwysep. 


Ot, historia w pigułce, pisać można by więcej, ale myślę, że to już warto doczytać w poważniejszych źródłach. :)


Sama Alhambra była ostatnią fortecą i pałacem mauretańskim. Gdyby historia potoczyła się nieco inaczej Hiszpania do dziś mogłaby być w pełni arabskim krajem. Będąc w Andaluzji nie jest tak trudno to sobie wyobrazić.


Przechodząc do mniej historycznych konkretów - usytuowana na szczycie góry Alhambra jest kompleksem pałaców w stylu mudejar, których chłód mocno przyciąga w upalny dzień. Otaczające je ogrody wypełnione są cichym szemraniem licznych fontann i strumieni. Z balkonów i murów roztacza się niepowtarzalny widok na Granadę. Spędzając tam kilka godzin i powoli chodząc od ławki do ławki (40 stopni to nie przelewki) z półuśmiechem pomyślałam sobie, pomijając kwestie polityczne - ale Ci chrześcijanie musieli się cieszyć odbijając tak wyjątkowy cud architektury.


Nauczona doświadczeniem swoich przygód z egzaminami historycznymi powinnam już wiedzieć, że to co wydaje mi się naturalną koleją rzeczy przeważnie w ogóle nie miało miejsca. Jak się okazało - chrześcijanie zbytnio nie przejmowali się perełką architektoniczną, która wpadła im do rąk. To co można zobaczyć dzisiaj jest efektem wielokrotnych przebudowań w stylu "Nakazuję budowę renesansowych komnat w samym środku zabytkowego arabskiego pałacu. Bo mogę.". 




Pałace w Andaluzji, z Alhambrą na czele, są przeważnie cudownym miejscem na leniwy spacer. Ogrody chronią nieco od upału w dzień, którego bieg wyznacza kawa mrożona, lemoniada i chowanie się w Burger Kingu tylko dlatego, że jest klimatyzowany i pod ręką. Wiem, że wspominam o Szkocji do znudzenia w prawie każdym moim wpisie ale... choć jeden brytyjski deszcz zdziałałby cuda w obecnej temperaturze 42 stopni. 



Wracając do pałacu, momentami czułam się w nim jak w niewielkim miasteczku. Wewnątrz murów Alhambry poza typową muzealną kawiarnią, sklepem z napojami i kilkoma innymi oczywistymi miejscami, widziałam hotel i kilka razy minęły mnie taksówki. Między pałacami swobodnie biega cała gromada rożnej maści kotów. 






Troszkę mam tak z podróżami, że cieszę się z każdego kawałka nawet minimalnie historycznego muru, a w Krakowie prawie codziennie mijam mnóstwo zabytków nie poświęcając im nawet przelotnego spojrzenia. Taki tryb turysty - jestem za granicą, więc zwrócę uwagę na każdą kamienicę, przeprowadzę dokładną obserwację mieszkającego tu społeczeństwa, będę uczestniczyć w aktywnych rozmowach na temat miejscowej kuchni.


Alhambra była ostatnim naszym turystycznym przystankiem w Andaluzji i wisienką na torcie, która po 5 miesiącach zwolniła mnie z ciągłego obserwowania i analizowania wszystkiego w pozycji ciekawskiej surykatki. Zdecydowanie jest ona takim miejscem, w którym momentalnie pojawia się myśl "właśnie dlatego podróżuję".




Przepełniona mnóstwem miejsc, które miałam ogromne szczęście zobaczyć tej wiosny jestem gotowa na powrót do domu. Tak intensywne podróżowanie nauczyło mnie docenienia czasami wręcz śmiesznie prostych rzeczy, za którymi tęsknię tu najbardziej: chińskich pierożków zrobionych przez przyjaciółkę, zapachu świeczki, którą druga przyjaciółka zapala tylko w trakcie moich wizyt, znajomych twarzy mijanych na schodach uczelni, dźwięku otwierających się drzwi w krakowskim tramwaju, śmieszkowania z grupą znajomych. 






Człowiek to jednak prosta istota. 
Mamo, wracam do domu. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz