czwartek, 20 kwietnia 2017

Noches de Semana Santa




Temperatury w Sevilli powoli osiągają poziom mocnego krakowskiego lata. Siedząc w cieniu na schodach Archivo General de Indias obserwuję dorożkarzy parkujących swoje konie w cieniu palm. Stojące na niemal 40 stopniowym upale zwierzęta tęsknie spoglądają w stronę przejeżdżającego tramwaju pewnie zastanawiając się czemu ludzie nie mogą się całkowicie przesiąść do mechanicznego węża i pozwolić koniom dzielić los byczka Fernando spokojnie wąchającego kwiaty gdzieś w cieniu drzew. Zaprzeczając jednak istnieniu prażącego słońca jeszcze przez chwilę, cofnijmy się o tydzień na jedną z wieczornych procesji słynnego Semana Santa.




Sevillskie obchody Wielkiego Tygodnia znane są na całym świecie jako jedne z największych. Już od piątku poprzedzającego Domingo de los Ramos, Niedzielę Palmową, codziennie przez miasto szło kilka procesji. Z wielkim zafascynowaniem i aparatem w ręku mogłam wraz ze znajomymi obserwować tłumy ludzi powoli sunące nagrzanymi słońcem ulicami i stopniowo zbierać fakt po fakcie i informację po informacji. Po dość intensywnym przestudiowaniu tematu Semana Santa dalej czuję, że moja wiedza jest bardzo nikła. Podzielę się jednak tym, co wiem. 


W Hiszpanii przy parafiach tworzone są hermandades, - bractwa. Wybrane z nich w ramach procesji idą od swojego kościoła do katedry i potem wracają. Niektóre z nich mają całkiem blisko, inne idą cały dzień aż do późnej nocy. Schemat procesji wydaje się być ten sam i opiszę go na przykładzie procesji parafii San Bernardo idącej w środę wieczorem. Właściwie wracałam już w stronę mieszkania gdy zauważyłam na jednej z wąskich uliczek dzielnicy Santa Cruz stojącą pełną orkiestrę. Gdyby był to środek nocy to scena nadawałaby się do horroru. Zaciekawiona tym, że stoją totalnie odłączeni od procesji oparłam się o ścianę budynku tuż obok nich i czekałam. 


Co chwilę grali przez jakieś 2-3 minuty. Potem była przerwa na wodę, kanapki i wachlowanie, po których następowały kolejne 2 minuty muzyki. Po jakichś 40 minutach zaczęłam się zastanawiać, czy będzie z tego cokolwiek więcej, jednak obserwując tłum miejscowych ludzi pojawiający się w oknach, na balkonach i na ulicy obok mnie stwierdziłam, że najwidoczniej procesja wychodzi z katedry w swojej drodze powrotnej bez orkiestry i dopiero spotyka ją "po drodze".



Niedługo później zza rogu zaczęła wylewać się procesja z tłumem nazarenos idącym na początku, czyli przez jakąś godzinę. Jak w przypadku orkiestry, co dwie minuty przerwa na wodę, kanapeczkę, złapanie oddechu. Nazareno może być mały i duży, gruby i chudy. Ważne, żeby miał na głowie charakterystyczny kaptur (nie, to nie KKK, i tutejsze braterstwa miały je wcześniej!). 


Niestety nie mam zdjęcia, a stelaż charakterystycznego czubka jest go zdecydowanie warty - pod materiałem mają założoną "krasnalą czapkę" z gumką pod brodą, wykonaną w całości ze sztywnej siatki. Zaobserwowałam to o 2-3 w nocy, gdy niektórzy szli z opadniętymi na plecy kapturami, a jeden z nich ściągał strój, żeby móc wsiąść do samochodu. 


Nazarenos nieśli ze sobą świece, które wyginały się pod wpływem gorąca kończącego się już dnia. Niektórzy z nich szli w skarpetkach, lub całkiem boso. Znajoma pisała, że boso idą najwięksi grzesznicy.


Okoliczne balkony stopniowo się zapełniały, nieraz ludźmi, którzy dopiero co wrócili z innej procesji, lub tymi, na których rodzice warknęli "chodź, zobacz, ludzie z drugiego końca świata przyjeżdżają!" w momencie kiedy został "tylko jeden rozdział". :)


Po jakichś dwóch godzinach zdałam sobie sprawę, że nie mogę wyjść z uliczki, w której jestem. Do tej pory bardzo cwaniakowałam, że wystarczy znać miasto, wiedzieć gdzie stać i mieć opcję bocznej uliczki. Na kolejną godzinę byłam "uwięziona" na przestrzeni kilku metrów i faktycznie nie dało się ruszyć w żadną stronę. Skupiłam się więc na zatrzymujących się przede mną co chwilę nazarenos. 



Przy tak częstych przystankach uczestnicy procesji też próbowali jakoś zabić czas. Bawili się ogniem, rozmawiali lub udawali, że świece są mieczami świetlnymi (nie zmyślam, widziałam dwóch dorosłych facetów ubranych w te stroje i walczących "na świece" ;)). 


Dzieciaki formowały malutką kulkę z folii aluminiowej i biegały między procesją prosząc jej uczestników o kilka kropli wosku. Gdy rozlegała się kolejna porcja bębnów i wtórujących im kroków dzieci wracały do rodziców i porównywały swoje kulki. 





W pewnym momencie po drugiej stronie ulicy zaobserwowałam dwóch mięśniaków dzielących się cukierkami. 



Dość szybko dowiedziałam się skąd mają te cukierki. Złapanie kontaktu wzrokowego z zakapturzoną postacią nie należy do najprzyjemniejszych odczuć. Zwłaszcza jeśli stoi pół metra od ciebie i po chwili zaczyna żywiołowo grzebać po kieszeniach. W ten sposób dostałam dwa święte obrazki. Gdybym była kilka lat młodsza, albo gdybym była mięśniakiem, może dostałabym cukierki. A może ten nazareno po prostu stwierdził, że tej pani wystarczy już słodkości? ;)



Po chwili na końcu wąskiej uliczki pojawił się krzyż niesiony przez parędziesięciu mężczyzn. Stałam wtedy w samym środku tłumu costaleros, zwanych wcześniej mięśniakami, przestępujących z nogi na nogę i kończących palić papierosa. Na widok krzyża jak jeden mąż wszyscy rzucili niedopałki na ziemię, przydeptali butem i ruszyli w jego stronę.



Tak oto byłam świadkiem zmiany grupy niosącej złotą figurę, co rozwiało wszelkie moje wątpliwości ("I oni tak pod tym Chrystusem cały dzień?!").  Kilka chwil później w moją stronę ruszyła taka sama ilość mniej świeżo wyglądających mężczyzn z telefonami w ręku witających czekające na nich rodziny.





Charakterystyczne nakrycia głowy zasłaniające oczy moim zdaniem mają przyzwyczaić ich wzrok do ciemności pod figurką, którą niosą. Nigdzie jednak nie znalazłam potwierdzającej to informacji. 


Po krzyżu znowu szła orkiestra i kolejna grupa nazarenos.





Wykorzystałam chwilę i udało mi się w końcu nieco przesunąć w stronę katedry, dzięki czemu z daleka usłyszałam wykonywaną bez nagłośnienia saetę - balladę śpiewaną w stylu flamenco o charakterze religijnym. Stojąc na palcach udało mi się również zobaczyć, że w trakcie śpiewu figurka z Matką Boską była skierowana w stronę balkonu, na którym stał śpiewak.




Po skończonym utworze rozległy się brawa i procesja po raz kolejny ruszyła do przodu a dzieci gwałtownie odbiegły ze swoimi woskowymi kulkami. Kilka chwil później dotarło do mnie paso z cierpiącą Matką Boską.


Po każdej stronie paso znajduje się jeden bardzo ważny pan odpowiedzialny za kierowanie tych, co to schowani pod spodem.  Na tym etapie kończy się moja znajomość terminów określających osobę z daną funkcją, odsyłam jednak do istniejących słowników związanych z Semana Santa. Moją ulubioną funkcją zdecydowanie był "zapalacz zgaszonych przez wiatr świeczek", który szedł tuż obok paso z zapalniczką/zapałką na kiju i za każdym razem, gdy procesja stawała, sięgał w stronę Matki Boskiej, wypełniał swój obowiązek po czym gwałtownie machał kijem, żeby płomień zgasł. :)


No i oczywiście, orkiestr nigdy za mało, tak więc za Maryją szła kolejna zamykając całą procesję. W trakcie kilku innych procesji na tym etapie widziałam również nazarenos niosących krzyże.



W dalszym ciągu procesja co chwilę zatrzymywała się, żeby costaleros mogli złapać chwilę oddechu. Po chwili ktoś dawał sygnał, paso zostawało równo podrzucone do góry z gwałtownie chwiejącym się całym stelażem, muzycy zamykali WhatsAppa i Instagrama i rozpoczynali kolejną melodię, w rytm której paso tanecznym ruchem przesuwało się do przodu.





Całość uroczystości całkowicie powaliła mnie na kolana. Skala zorganizowania czegoś takiego jest niewyobrażalna, począwszy od całorocznego treningu uczestniczących w niej ludzi, dokładnego rozplanowania trasy każdego braterstwa, żeby żadna procesja się nie przecięła w tym samym momencie aż do służb porządkowych czyszczących miasto do samego świtu.  


Orkiestra nadaje wszystkiemu mocny, hiszpański temperament a miasto na tydzień zupełnie wariuje. Obserwowałam to wszystko z kulturowego punktu widzenia jako coś całkowicie nie występującego w innym miejscu. Nie na taką skalę.


 No ale właśnie, miasto wariuje. Codziennie ulice stopniowo pokrywały się zdjętymi czubkami, plastikowymi kubkami po piwie i, niestety, moczem. Docieramy teraz do tej ciekawszej treści wpisu, czyli jak to wygląda naprawdę. :)


Semana Santa do złudzenia przypomina mi Woodstock. Jest muzyka głośno dominująca miasto do późnej nocy, jest tłum miłych, acz równomiernie znietrzeźwionych ludzi, a za każdym razem gdy do tłumu zbliża się paso, ktoś robi głośne "ćśśśś" mocno przypominające Woodstockową odpowiedź na "Zaraz będzie ciemno". Niby jest bezpiecznie jednak tłum w żaden sposób nie jest kontrolowany i w niektórych przypadkach plakat "Mamo, żyję!" miałby jak najbardziej rację bytu. Cała impreza ma minimalny charakter religijny, ludzie stoją tyłem do procesji pijąc piwo i wykorzystując pretekst do wyjścia na ulice i spotkania się ze znajomymi. Trochę brakuje Jurka Owsiaka opieprzającego kogoś z podwyższenia. No a teraz żarty na bok.
Cały czas miałam z tyłu głowy, że tak wielkie wydarzenie religijne jest idealnym miejscem na zamach terrorystyczny. I może to już paranoja współczesnego świata, że podejrzliwie zerka się na luźno leżącą torbę a każda biegnąca przez tłum osoba wydaje się Robertem Langdonem próbującym powstrzymać zagładę ludzkości. Jednak w czwartek w nocy, w trakcie najsłynniejszych procesji idących w ramach Madrugada na zatłoczonej ulicy ktoś krzyknął "Allah jest wielki". Trudno dojść do tego, czy to w ramach żartu czy niespełnionych zamiarów, skończyło się na zbiorowej panice i tratującym się nawzajem tłumie. Są ranni, ale wszelkie obrażenia są spowodowane tylko i wyłącznie paniką, do niczego konkretnego tak naprawdę nie doszło. A mogło. Mogło i to tak łatwo w tłumie pijanych ludzi, którzy mogą mieć przy sobie totalnie wszystko. Niby reakcja policji była szybka. Niby obeszło się na samym strachu. 

Wracając do domu dzień wcześniej po 4 rano patrzyłam na bohatersko sprzątających ludzi. Dwa poniższe zdjęcia (telefoniczne, wybaczcie kontrast z resztą wpisu!) to takie szybkie spojrzenie na to, z czym musi sobie radzić miasto. Plamy z wosku pozostawione po procesji stopniowo metr po metrze czyszczono myjkami ciśnieniowymi a wszystkie ulice już o 5 rano pachniały jak cytrynowy płyn do mycia podłóg. Pod tym kątem organizacja Semana Santa robi ogromne wrażenie. Jednak czy całe wydarzenie jest bezpieczne? Na pewno mogłoby być lepiej a patrząc na wydarzenia z Londynu, Paryża, Brukseli i wielu innych miejsc tak sobie myślę, że wystarczyłby tylko jeden moment. Zawsze wystarczy jeden moment.




No ale koniec już tej krytyki. Niesamowicie się cieszę, że mogłam uczestniczyć w tym wydarzeniu i, że nic poważniejszego się nie stało. Ach no i przede wszystkim mogłam się nim zachwycać z dwoma facetami, dzięki którym jestem teraz w Sevilli i jedną dziewczyną, która dodała mi odwagi, żeby w ogóle zdecydować się na Erasmusa. Teraz pakujemy plecaki i ruszamy w stronę stolicy a już za tydzień planujemy zrobić duży krok z Gibraltaru na drugą stronę cieśniny! :)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz