czwartek, 6 kwietnia 2017

Gran Canaria


Gran Canaria jest głównie znana z hoteli all inclusive, sporego wyboru plaż dla nudystów, pięknych gór i bardzo rzucających się w oczy opisów "gay friendly". Dziś kilka słów o tym, jak nie skorzystaliśmy z ani jednej z tych rzeczy. 



Dość szybko po przyjeździe do Sevilli sprawdziłam najtańsze połączenia lotnicze (dzięki za sugestię K.!) i zobaczyłam bilety na Gran Canarię za 19.99 euro w jedną stronę. Powiedziałam o tym Oskarowi, odpowiedział " Dobra, pod warunkiem, że potem pojedziemy do Madrytu." Tak oto spędziliśmy kilka bajkowych dni na Kanarach, a już niedługo wyruszymy do stolicy.


Andaluzja jest miejscem wyjątkowo obfitym we wszelakie możliwości turystyczne i z ograniczonym budżetem trzeba być bardzo ostrożnym. Po wstępnym rozeznaniu co do Gran Canarii stwierdziłam, że uda nam się to zrobić "po studencku" z plecakami na plecach, a i jednak z pewną dozą luksusu. Był to nasz pierwszy wyjazd, który w całości poświęciliśmy na plażowanie przeplatane kawą, jedzeniem i koktajlami owocowymi. 


Znalazłam tani hostel tuż przy plaży Las Canteras w Las Palmas de Gran Canaria. Był to wybór dobry, ale jak się okazało nie najlepszy - przez całą długość naszego pobytu do północnych szczytów wyspy przykleiło się dość sporo chmur tworząc mało sprzyjające warunki do plażowania. Wsiedliśmy więc do autobusu (na Kanarach sympatycznie nazywanego "guagua") i pojechaliśmy w stronę Faro de Maspalomas. Tuż po wyjechaniu z Las Palmas niebo całkowicie się wyczyściło a dotąd rozmyta linia horyzontu zaostrzyła granicę między niebem a oceanem. Sieć autobusowa jest świetnie zorganizowana i niedroga - z pewnością wynajęcie samochodu otworzyłoby przed nami jeszcze więcej uroków wyspy ale komunikacja publiczna okazała się w zupełności wystarczająca.


Z pełną świadomością tego co tracimy - niesamowitych górskich widoków, całego zachodniego wybrzeża, dużej ilości malutkich plaż  i polecanych okolic Agaete zaszyliśmy się w malutkim Faro De Maspalomas i dawno nie byliśmy tak szczęśliwi.



Po kilku godzinach plażowania wsiedliśmy w guagua i podjechaliśmy na nieco ukryty punkt widokowy na Dunas de Maspalomas. Mini Sahara znajduje się na samym południu wyspy i kończy się plażą i morzem. Swoją drogą umiejscowienie plaż nie jest przypadkowe - najbliżej Faro de Maspalomas znajduje się plaża przepełniona rodzinami z dziećmi i wnukami na wakacjach z dziadkami ("Dziaaaaaadeeeeeek, uważaj na falę!"). Przeszłam się kawałek wzdłuż plaży w stronę wydm i zaobserwowałam dość stopniowe zwiększenie się liczby kobiet topless a przy napotkaniu pierwszego naturysty stwierdziłam, że czas zawrócić do rodzin z dziećmi. 


Wydmy, choć jak mi uświadomiono podobne do polskich, zrobiły na mnie spore wrażenie i mocno nacieszyły oczy. W trakcie tego Erasmusa zdecydowanie zmieniam się z dziewczyny szalejącej za muzeami, obrazami i miastami przepełnionymi historią we wzdychającą nad pięknem natury, zapachem kwiatów, idealnością palm i ciszą wypełniającą te cudne miejsca. Następny nasz wyjazd po słynnych Sevillowych obchodach Semana Santa podsunie mi pod nos od dawna wymarzone muzeum Prado, więc całkiem możliwe, że zauroczenie roślinnością koniec końców okaże się dodatkiem do pożerania wzrokiem obrazów.



Maspalomas spodobało nam się do tego stopnia, że ostatniego dnia spakowaliśmy się z samego rana i z całym dobytkiem na plecach wróciliśmy tam na większość dnia i prosto stamtąd ruszyliśmy na lotnisko. Jestem pewna, że będziemy odkrywać kolejne ziarnka piasku w plecakach przez następny rok, ale na plaży idealnie służyły jako podgłówki. :)


Plaża w Las Palmas z pewnością ma lepsze dni niż te, których doświadczyliśmy. Kilkukrotnie przeszliśmy się po uroczej nadmorskiej promenadzie, zjedliśmy po rybce, wypiliśmy kilka kaw. Gdybym miała jednak jeszcze raz wybierać miejsce noclegu na wyspie, bez wahania byłoby to południe.


Gran Canaria stała się najdalej wysuniętym miejscem, w którym byłam zarówno na południe jak i na zachód. Obiecująco wyglądająca linia horyzontu i łatwość dostania się na wyspę wzbudziła dużo nowych pomysłów wyjazdowych i pomysłów na cięcia kosztów. Wcinając banany (bo tanio i miejscowe!) śmialiśmy się, jakby to cudownie było gdyby ktoś płacił nam za podróżowanie. 


I choć ominęliśmy góry (wbrew radom mojego brata włażącego wszędzie, gdzie da się wejść) i zupełnie pominęliśmy wiele miejsc czuję się bardzo zadowolona z tego wyjazdu. Cudownie jest mieć kilka takich miesięcy, w których w 100% mogę decydować na co mam ochotę i co mnie uszczęśliwi. 
Gran Canaria zdecydowanie uszczęśliwia.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz