wtorek, 31 marca 2015

Veni, vidi, vici



Nie znam słów, które nadawałyby się na początek tego wpisu. W ten sposób pozbyłam się pierwszego zdania i mogę powoli wylewać wszystkie myśli, które dachy i uliczki Rzymu wepchnęły mi do głowy. Spłukana doszczętnie nie żałuję ani grosza z pieniędzy, które wydałam na pobyt w tak niesamowitym i romantycznym miejscu. Dziś zaledwie szybkie spojrzenie na całość naszego wyjazdu, do szczegółów postaram się przejść w kolejnych wpisach. Zapraszam więc do zanurzenia się w niepowtarzalnym klimacie Wiecznego Miasta... :)


Veni, dlatego, że tęskniliśmy za Kubą aktualnie uciekniętym na Erasmusa. To zdanie wyczerpuje każde inne wytłumaczenie. :)


Vidi i to całkiem sporo. W sumie zdobyliśmy cztery z siedmiu wzgórz Rzymu, dotknęliśmy nieba po pokonaniu 551 schodów na kopułę Bazyliki św. Piotra, weszliśmy do ponad dziesięciu kościołów i świątyń, zobaczyliśmy dwa niesamowite muzea, minęliśmy parędziesiąt fontann idąc niezliczoną ilością ulic i uliczek, wyobrażaliśmy sobie walki Gladiatorów w Koloseum i szliśmy śladami Juliusza Cezara na Forum Romanum. Wypróbowaliśmy lody bazyliowe, różne rodzaje włoskich makaronów, deserów i win. W ciągu tygodnia przebiegliśmy większość turystycznie i historycznie ważnych miejsc zostawiając sobie kilka chwil na leniwe spacery i zwiedzanie znad kieliszka. Spełniliśmy 150% przygotowanego wcześniej przeze mnie planu będąc w jednym miejscu po 3 lub nawet 4 razy i odkrywając mnóstwo nowych miejsc pokazanych nam przez Kubę lub przypadkowo napotkanych.



Vici, choć momentami bywało trudno....a tam trudno -  niewyobrażalnie śmiesznie! Zdobywaliśmy kolejki do Koloseum, Bazyliki św. Piotra, Muzeów Watykańskich i kilku innych miejsc najróżniejszymi sposobami. W dniu w którym dojechały do nas dziewczyny biegnąc z chłopakami do mającego właśnie odjechać metra wpadliśmy prosto na nie kompletnie bez umawiania się. Zmuszeni wyłączeniem jednej linii metra musieliśmy stawić czoła totalnemu chaosowi autobusów Rzymskich i próbowaliśmy się dogadać po włosku znając dwa słowa na krzyż. Wciąż nie mogę uwierzyć, że dotarliśmy do mieszkania bez błądzenia. Była całodniowa ulewa i łamiący parasole wiatr, czego skutkiem były przeziębienia i gorączka. Była nawet w niewiadomy sposób popsuta noga z którą kuśtykałam cztery dni brukami Wiecznego Miasta mocno zagryzając zęby i która w tej chwili pulsującym bólem przypomina mi o pokonanych w ten sposób kilometrach. 




Było brodzenie w morzu i było podwijanie szalików aż po uszy. Rozmowy z miejscowymi ludźmi mieszanką kilku języków na raz. Szukanie odpowiedniego kierunku, kradnący pieniądze biletomat, Niedziela Palmowa na placu św. Piotra i spotkanie w samym sercu Rzymu wykładowczyni z Krakowa.  Był toast w dobrej włoskiej restauracji, lekkie upicie, niesamowite dzieła sztuki, rzeźby, obrazy i budynki. Grajkowie uliczni, kuglarze, kupowanie leku na przeziębienie imitując kichanie i gorączkę w aptece. 
Przede wszystkim, była ze mną czwórka niesamowitych ludzi, dzięki którym ten wyjazd był oderwanym od rzeczywistości tygodniem, a teraz staje się przepięknym wspomnieniem. :)



Jak tylko ochłonę i poskładam się do kupy po tej cudownej przygodzie to zabiorę się nieco spokojniej i bardziej tematycznie za resztę zdjęć. Mam więc nadzieję, że zobaczymy się już niebawem! :)

fot. Sabrina Smolik


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz