piątek, 23 lutego 2018

Our wee hearts


Jest kilka takich miejsc, do których wracam trzymając serce na wyciągniętych przed siebie dłoniach, nie jest to szczególną tajemnicą, wciąż nie wiem czy to zaleta czy słabość. Mieszkanie w różnych miastach ma to do siebie, że od czasu do czasu zalewa falą niepowstrzymanej nostalgii. Jestem przecież każdą z tych ulic, okolicznych sklepów, jestem przechodniem trzech różnych narodowości, nieznajomym, drzewem, polną ścieżką, kamiennym stopniem. Jestem wszystkim po kawałku, mozaiką sprzeczności w jakiś sposób trzymającą się kupy, obywatelem lotnisk i przypadkowych przygód, ślepych zaułków i miejsc pachnących kawą. Doskonale pamiętam pierwsze chwile spędzone w Edynburgu. Wspinam się teraz po stromych schodach w centrum miasta pamiętając kim byłam, jak szłam nimi po raz pierwszy, czując to co czułam i  bojąc się tego czego się wtedy bałam. Tamte strachy mijają przegnane przez stado nowych, setki tamtych uśmiechów unoszą się chmurą wisząc nad odmienionym miastem, wciąż jednak naszym. Tak więc idę po tych schodach. Stopień za stopniem, wspomnienie za wspomnieniem, czując oddech swojej młodszej wersji na karku, nie jesteśmy już wszakże w jednym ciele. Ona, w swoim rozmarzeniu, na zawsze zostanie zawieszona między piaskowcami tworzącymi ulice Edynburga, ja jestem kilka kroków przed nią. Nie do końca jestem pewna czy chcę na nią spojrzeć. Obracam się jednak w końcu w jej stronę, wyprostowana, odważnie patrząc głęboko w oczy. Zatrzymała się w połowie schodów, widok na góry za jej plecami. Patrzy na mnie z góry na dół, nie da się tego ukryć, dość krytycznie. W końcu witamy się jak stare znajome, z sympatią ale i pewnym chłodem. Zaczynamy rozmowę, momentami nieśmiałą, czasami okrutną, przeplataną chwilami głuchego zamyślenia. Szukam siebie między jej słowami. Duchy przeszłości, mróz szkockiego serca. Spójrzcie na kilka kadrów z mojej podróży w czasie. 


Idziemy wzdłuż jednej z kilku głównych ulic. Nie mówimy nic do siebie. Jest koło 1 w nocy, ciężkie plecaki wykrzywiają kręgosłupy ale przecież nie pójdziemy prosto spać. Wybieramy więc okrężną drogę. Przed nami samotna bramka, ot tak na środku drogi. Łapiesz mnie nagle za rękę i mówisz:
- Jak przez nią przejdziemy to  naprawdę poczujemy, że tu jesteśmy.
Zbliżamy się.
- Zamknij oczy! 
Słucham choć czuję się głupio, przechodzimy, chwila ciszy.
- Noooooo..... - mówisz przeciągle.
I obie wiemy, co następuje - to już nie to samo. 


Schodzimy Victoria's Street w stronę Grassmarketu. Kawałek przed nami pijany rudzielec wytacza się z pubu na ulicę wpadając z rozpędem na swojego kumpla opartego nonszalancko o śmietnik w sposób przed-wymiotowo-dramatyczny. Kumpel ten z oburzeniem odwraca się w celu ustalenia źródła zamieszania, dostrzegając jednak znajomą twarz uśmiecha się od ucha do ucha obejmując przyjaciela. Bełkoczą coś pod nosem, czułościom nie ma końca. Po chwili jeden z nich odsuwa się czymś dogłębnie zmartwiony i próbując otworzyć choć jedno oko szturcha towarzysza:
- Aye mate where’s yer fucking scarf?
Ach, niektóre rzeczy się nie zmieniają. 


I tak sobie przez kilka dni chodzimy. W górę i w dół, z rękami w kieszeniach bo zimno, w końcu luty (kto w lutym wybiera się do Szkocji?!). Ulice, sklepy, polne ścieżki. Wiatr natarczywie wślizguje się pod szalik i spływa wzdłuż pleców. Obserwujemy ludzi, sprawdzamy czy wszystko stoi jak stało, z oburzeniem zauważamy drobne zmiany. Wybiegamy po schodach z zadyszką i w stanie hiperwentylacji morskim powietrzem pożeramy otaczający nas widok. 


 Edynburg jest zapisywaniem pomysłów na opowiadania na odwrocie pomiętego paragonu z Tesco. Jest wypadaniem z pubu z płaszczem przerzuconym przez ramię w ucieczce przed kiepskim podrywem. Jest śmiechem do łez i wodą wzbierająca pod powiekami ze wzruszenia. Jest miłością, przyjaźnią, szaleńczą przygodą. Ucieczką w bezpieczne miejsce, przytulnym wnętrzem własnego serca. Jest wszystkim tym, czym już nie będzie i wszystkim tym, czym wciąż może być.


Jest liczeniem drobniaków, gdzie do ostatniej chwili nie jestem pewna czy ich wystarczy. Wrzucam więc jeden po drugim w kasie samoobsługowej, gotowa do błyskawicznej ucieczki z nie do końca opłaconymi bułkami w torbie. Jest starym mieszkaniem, jednym i drugim, ławką, na której siedziałam gdy dzwoniłam do mamy. Dokładnie pamiętam co mówiła, teraz znaczy to dla mnie więcej niż wtedy. 



Edynburg jest skupiskiem naszych miejsc, no wiesz, takich tylko i wyłącznie naszych, których magii nikt już nigdy nie odtworzy. Została na zawsze zawieszona w czasoprzestrzeni, otulona tamtym światłem i chaosem letniego festiwalu. Patrzę na poszarzałe miasto. Piękne, tak szalenie piękne ale nie do poznania inne. I jest to zupełnie w porządku. 



Wszystko zdarza się tylko raz, ale zdarza się na zawsze - to nie moje zdanie, choć bardzo chciałabym, żeby było. Edynburg przytrafił się nam raz. Potem przytrafił się drugi raz, nieco inny. I każdy kolejny będzie przeżywaniem tych wcześniejszych od nowa. Jesteśmy zamknięci w każdej cząstce tego miasta. I zawsze wdychając szkockie powietrze będziemy czuć słodki zapach tamtego lata. Nawet w samym środku zimy. 



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza