wtorek, 21 marca 2017

Ronda & Setenil de las Bodegas




Ronda is the place where to go, if you are planning to travel to Spain for a honeymoon or for being with a girlfriend. The whole city and its surroundings are a romantic set.
… Nice promenades, good wine, excellent food, nothing to do…”
~Ernest Hemingway~

Jakiś czas temu miałam szczęście sporo podróżować z rodzicami, z którymi głównie odkrywałam piękno Włoch. W którymś z uroczych miasteczek (pewnie moja mama dokładnie pamięta gdzie), ktoś rzucił hasło choroby włoskiej. Od wtedy potrafię się zdiagnozować za każdym razem gdy pod koniec zwiedzania jakiegoś miejsca zaczynam odczuwać jakiekolwiek objawy zobaczenia zbyt wielu pięknych widoków w ciągu doby. Na rzecz Rondy i Sevilli chyba wniosę o zmianę nazwy na chorobę andaluzyjską.



Ale dziś jeszcze nie o Sevilli, którą wciąż odkrywam i której uroki wydają się nie mieć końca. W ostatnią niedzielę skorzystaliśmy z oferty biura turystycznego We Love Spain i wybraliśmy się na świetnie zorganizowaną jednodniową wycieczkę do Rondy i Setenil de Las Bodegas. Dwie godziny drogi z Sevilli, wyminięcie wielkiej chińsko-wyglądającej wycieczki na dworcu i oczom naszym ukazał się niesamowity widok na okoliczne góry. 


Mimo tłumu turystów (w końcu niedziela), pan w kapeluszu cicho brzdękający flamenco na gitarze sprawił, że pierwsze moje wrażenie co do Rondy zamknęło się dwóch słowach - spokój i piękno. 


Zostało takie do samego końca. Niesamowicie sympatyczny przewodnik z We Love Spain w ciągu 1.5 h oprowadził nas po najważniejszych miejscach miasta. Szliśmy w górę, potem w dół, potem znowu w górę i znowu w dół. Ronda położona jest po dwóch stronach wąwozu nad rzeką Guadalevin. Po jednej stronie Puente Nuevo znajduje się stara część, a po drugiej nowa, powstała po chrześcijańskiej rekonkwiście pod koniec XV wieku. 


Plaza de Toros w Rondzie jest najstarszą areną w Hiszpanii i podobno największą na świecie jeśli chodzi o długość średnicy. W 1994 roku Madonna nakręciła tu teledysk Take a Bow, na co pewnie nie zwróciłabym uwagi gdyby nie jeden znajomy będący jej wielkim fanem, o którym momentalnie pomyślałam po usłyszeniu tej informacji (pozdrowienia P.! :)). 



W Rondzie znajdują się trzy mosty. Najmniejszy, most Rzymski zwany także Arabskim, niepewność swojej nazwy zawdzięcza niemożliwości ustalenia kto i kiedy tak naprawdę go zbudował. Drugi co do wielkości - Puente Viejo, wbrew swojej nazwie jest młodszy od najmniejszego. Trzeci, najsłynniejszy i największy z wszystkich trzech, Puente Nuveo, wznosi się na wysokość ponad 100 metrów nad dnem kanionu i naprawdę zapiera dech w piersiach. Jego budowa zajęła 40 lat i konstrukcja wydaje się dość solidna, w przeciwieństwie do pierwszej wersji wybudowanej w kilka miesięcy, która się gwałtownie zawaliła. 


W górskich rejonach Andaluzji w przeszłości często chowali się przestępcy i przemytnicy wykorzystując niedostępność skalnego terenu. Na tych skałach również dość często kończyli swój żywot, gdy dosięgnął ich wymiar sprawiedliwości i nakazał zepchnąć w przepaść. Teraz w Rondzie nie jest już tak tragicznie. Na skalnych krawędziach wąwozu znajdują się urocze casas colgadas, za którymi chowają się wąskie uliczki wypełnione słońcem i odgłosem  licznych filiżanek do kawy stawianych na talerzykach. Knajpiane papużki witają głodnych turystów radosnym Hola guapa! i żegnają Hasta luego!.  


Chodząc po Rondzie rozmawialiśmy o tym, że byłoby to idealne miejsce na odpoczynek od świata, ucieknięcie, schowanie się, codzienne picie porannej kawy w pobliskim barze i napisanie bestselleru nad kieliszkiem, a może i dzbanem sangrii. W porównaniu do Sevilli, Ronda jest bardzo cicha, zwłaszcza po odejściu od głównych atrakcji turystycznych i faktycznie jest idealnym miejscem na romantyczny weekend.


Po kilku godzinach spędzonych w Rondzie koordynatorzy wycieczki sprawnie zapakowali nas do autobusu i zawieźli do Setenil de las Bodegas. Przeglądając kiedyś jedną z wielu list "Miejsc, które musisz zobaczyć przed śmiercią" wpadłam na wzmiankę o Setenil. Jest to niewielkie miasteczko z zaledwie dwoma głównymi ulicami będące jednym ze słynnych andaluzyjskich pueblos blancos. 


Białe miasteczka zawdzięczają swoją dosłowną nazwę budynkom pomalowanym na biało w celu zminimalizowania nagrzewania przez słońce w trakcie bardzo upalnych dni. Setenil jest jednak wyjątkowe, bo poza charakterystycznym białym kolorem ma jedną dodatkową wyjątkową cechę - niektóre budynki są wbudowane w skałę, która naturalnie tworzy ich sufit. 


W Setenil byliśmy niecałe dwie godziny ale w zupełności wystarczyło to, żeby obejść całe miasto i dokładnie obfotografować Calle Cuevas de la Sombra. 



Z miejskiego placyku na całe miasto leciała jedna z piosenek Enrique Iglesiasa, do której ludzie tańczyli na ulicy jak w teledysku. To w połączeniu z klimatem popołudniowej kawy i zachodzącego słońca stało się pięknym wspomnieniem.



Nie mieści mi się w głowie to, że jesteśmy już w Sevilli prawie półtora miesiąca. Pierwsze dni były trudne i chaotyczne, stąd też brak wcześniejszych wpisów. Czuję się już oswojona i zauroczona mogąc poruszać się po mieście bez mapy i mając swoje ulubione miejsca. Przed wyjazdem miałam obawy, które teraz wydają mi się śmieszne. Bezgranicznie zakochana w Edynburgu zakładałam, że niemożliwym jest tak idealne odnalezienie się w jakimkolwiek innym miejscu. Poznając jednak Andaluzję, smakując jej win i potraw, obserwując ludzi tańczących na ulicy i czytając książki w przyjemnie łaskoczącym słońcu odkryłam, że serce można najwidoczniej rozdzielić na wiele różnych miejsc. 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz