środa, 16 marca 2016

Oslo


Weekend w Oslo był moim najmniej fotograficznym wyjazdem w życiu. Nie wiem czy to z winy niskiej temperatury i mojej ciepłolubności czy coraz większej wybredności w wybieraniu fotografowanych miejsc. Nie jestem zadowolona z ani jednego zdjęcia, więc dzisiejszy wpis oprę głównie na słowach. Kilkoro z was pytało mnie o Oslo, więc mam nadzieję, że poniższym wpisem nieco Wam rozjaśnię w głowach. Niby to były tylko dwa dni i jakiś czas czytania na ten temat ale jednak sporo dało się zauważyć. :)

Garstka informacji podstawowych




  • Zaczynając od rzeczy najważniejszych - nie, niestety z Oslo nie widać zorzy polarnej. Trzeba pojechać kawałek dalej na północ. Miałam nadzieję do ostatniej chwili.
  • Oslo nie jest miastem turystycznym - nie znajdziecie tu niesamowitych atrakcji turystycznych i monumentalnych budynków. Weekend wystarczy, serio.
  • Nie bójcie się komunikacji miejskiej, zwłaszcza jeśli jesteście w Oslo tylko na chwilę - bilet całodobowy umożliwia bardzo szybkie zobaczenie całego miasta i najważniejszych miejsc.
  • Zniżki na polską legitymację studencką działają bez problemu.
  • Nocleg przez Couchsurfing jest zdecydowanie najlepszą opcją dla wszystkich podróżujących budżetowo - oprócz poznania kogoś miejscowego zyskaliśmy bardzo dużo ciekawych informacji i smaczków, których nie znalazłam w przewodnikach.
  • Jeśli lubisz sporty zimowe to pakuj się w tej chwili i jedź. Metro podjeżdża pod stoki, trasy biegowe i skocznię narciarską. Na ulicach widzieliśmy pełno ludzi w typowo norweskich swetrach z biegówkami lub nartami zmierzających w stronę Holmenkollen. Myślę, że warto zobaczyć to miasto w zimie zdecydowanie bardziej niż latem.



  • Cena lotu w jedną stronę zrównała się z ceną jednego przejazdu z lotniska Oslo Rygge do centrum - w ciągu dwóch dób wydaliśmy równowartość 500 zł (bez noclegu i z jednym obiadem) 
  • Polaczkowanie nie zawsze jest złym pomysłem - dobrze przemyślane zabranie ze sobą jedzenia oszczędza sporo wydatków. Obiad jednodaniowy porównywalny do zestawu za paręnaście złotych z Krakowskiego "Koko" z ulicy Gołębiej kosztuje około 100zł w Oslo. 
  • Mięso z łosia jest całkiem spoko - udało nam się dostać darmową "próbkę".
  • Dla podróżników bardziej niezależnych komunikacyjnie i budżetowo Oslo może być świetnym miejscem do rozpoczęcia podróży po Norwegii, której prawdziwe piękno można zobaczyć zdecydowanie dalej na północ.

Uwielbiając skandynawską literaturę i kinematografię (mimo wszystko głównie szwedzką) co chwile ciągnęłam Oskara za ramię mówiąc mu, że właśnie minął nas Mikael Blomkvist. Na ulicach zdecydowanie zauważyłam coś, co momentalnie kojarzy się z tymi książkami i filmami. Zadbani ludzie, porządne płaszcze, wełniane swetry z charakterystycznymi wzorami, zadbane kobiety z drogimi torebkami. Przymykając oko na bezdomnych o różnym pochodzeniu etnicznym głównie zauważałam opalonych zimowym słońcem ludzi o bardzo jasnych włosach. Każda napotkana przez nas osoba mówiła płynnym angielskim. W rozmowach z naszym gospodarzem przewijały się najróżniejsze tematy i cały czas czułam, że gdybym tylko nieco głębiej weszła w temat skandynawskich kryminałów to rozmawialibyśmy do samego rana. Jednocześnie mam przeczucie, że ten skandynawski klimat może być zdecydowanie lepiej odczuwalny w Sztokholmie, lub w przypadkowej nadmorskiej mieścinie na północy. Jednak duże miasto to zawsze duże miasto z elementami powtarzalnymi w każdym kraju. Nie zanudzając dłużej przejdźmy już do krótkiego omówienia, rzeczy, które udało nam się zobaczyć.


Sztuka uliczna



Dzielnica Grünerløkka jest czasem nazywana "Brooklynem" Oslo. Tworzy ją kilka prostopadłych ulic z przyjemnymi kawiarniami i kolorową sztuką uliczną. Warto wcześniej wiedzieć gdzie jej szukać - kolorowego pawia można znaleźć na Nordre Gate i pozostałe murale tuż za bramą wejściową do Mir na Toffes Gate. Cała dzielnica jest idealnym miejscem na poranną lub popołudniową kawkę i zrobienie kilku ładnych zdjęć.








Mistrzostwa Świata






Między 3 a 13 marca w Oslo odbywały się Mistrzostwa Świata w Biathlonie. Chyba nie mogliśmy trafić na lepszy moment. W piątek 11 marca norweska kadra wygrała sztafetę kobiet i przypadkiem trafiliśmy w sam środek świętującego tłumu i setek flag. Cudowny moment pokazujący to, jak wielką rolę w Norwegii grają sporty zimowe, zwłaszcza biathlon. Następnego dnia wsiedliśmy w ekspres do Holmenkollen (szczęśliwie mieszczącego się w strefie dobowego biletu na komunikację miejską). Tym razem wylądowaliśmy w przepełnionym kibicami wagonie. Podeszliśmy pod skocznię i zawróciliśmy nie mogąc iść dalej z racji braku biletów. Było warto, zdecydowanie było warto dla samych widoków z pociągu powoli wspinającego się po krętych torach oraz miasta i fiordu idealnie widocznych z góry. Tłumy ludzi oglądających zawody na telebimach w środku miasta i okrzyki wtórujące każdemu strzałowi zdecydowanie dodały sporo klimatu do naszej krótkiej przygody.





Munchmuseet

Muzeum Muncha okazało się niestety wielkim rozczarowaniem.Trafiliśmy akurat na połączenie obrazów Muncha z fotografiami Roberta Mapplethorpa. Mapplethorp był amerykańskim fotografem i autorem prac wręcz obciekających homoseksualnym erotyzmem. Idąc przez muzeum znalazłam 4 akty wpisane w kwadrat, skupiające się na męskiej sylwetce i nagości zakrytej, które faktycznie można było docenić. Większość ze zdjęć była jednak zbyt dosłowna z jakością i treścią wartą telefonicznego zdjęcia pornograficznego, co moim zdaniem było mało przyjemnym zaskoczeniem dla wszystkich osób które przyszły oglądać dzieła Muncha. A może właśnie to jest już ten rodzaj sztuki, której nie rozumiem. 

W 2004 roku na muzeum dokonano napadu z bronią i skradziono Krzyk. Obraz znajduje się obecnie na terenie muzeum, jednak (jak się okazało po zwiedzaniu) nie można go zobaczyć. Istnieje kilka jego wersji, jedna znajduje się w Muzeum Narodowym w Oslo, do którego już niestety nie dotarliśmy. Przyszliśmy zobaczyć Krzyk a zobaczyliśmy całkiem sporo męskich genitaliów. Może to był taki zabieg artystyczny mający powodować u oglądających tenże krzyk, w związku z czym pokazanie oryginału nie było już konieczne. Prawie dałam się na to nabrać. Komediowy kadr pokazywałby nas stojących przed zdjęciem rozkraczonego pana i przekrzywiających równo głowy w zastanowieniu na co właściwie patrzymy. A teraz wyobraźcie sobie rodziców zabierających swoje dzieci w celu pokazaniu im dzieł Muncha. A tam same dupy. Dobrze, że była chociaż Madonna i Pocałunek. Następnym razem ominę ten punt planu kierując się prosto do Muzeum Narodowego. 

Vikingskipshuset

The hammer of the gods,

Will drive our ships to new lands, 
To fight the horde singing and crying: 
"Valhalla I am coming!" 



Autobus z centrum dowiózł nas niemalże pod same drzwi Muzeum Statków Wikingów. W środku jeden fragmentarycznie zachowany statek i dwa w idealnym stanie. Oprócz tego wozy, detale, rzeźby, przedmioty użytku codziennego. Dla każdego interesującego się historią Wikingowych podbojów zobaczenie takich statków będzie z pewnością fajnym doświadczeniem. Muzeum było przyjemne ale bardzo małe i proste. Te dwa miejsca dały mi dość jasny obraz norweskiego muzealnictwa bez wątpienia odstając poziomem od lepiej rozwiniętych muzealnie miast takich jak Londyn czy Rzym. Fajnie ale szału ni mo.




Vigelandsanlegget


Jest to park będący dziełem Gustava Vigelanda i mieszczący w sobie ponad 200 rzeźb cieszących się dość sporą popularnością. Zdecydowanie warto doczytać na ten temat i przejść się na spacer zajmujący niecałą godzinę.



Podsumowując

  • Oslo jest dobrym pomysłem na pierwszy krok w Norwegii czy Skandynawii.
  • Niestety różnica cen jest boleśnie odczuwalna.
  • Odpuściłam kilka miejsc również wartych zobaczenia - skansen, twierdzę, wnętrze ratuszu, wyjście na dach Opery (decyzja podjęta przez lenistwo - skoro port i tak jest w remoncie i na zdjęciu miasta na pierwszym planie byłyby dźwigi i jeden wielki chaos to po co wychodzić) oraz kilka innych rzeczy łatwych do znalezienia we wszelkich przewodnikach.
  • Nie przywieziecie pięknych, pocztówkowych zdjęć ale za to możecie przywieźć soczyste zapalenie krtani i tchawicy jak nie ogarniecie odpowiedniej ilości ciepłych ubrań - norweska zima jest naprawdę solidna nawet w marcu. 
Ach. Tylko dwa dni a wyszło tyle pisania. Koniec gadania, dzięki wszystkim, którzy dotrwali do końca! Mam nadzieję, że wpis okazał się choć trochę pomocny. :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz