poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Zakurzone miasto


Ktoś kiedyś napisał, że " podróże początkowo odbierają nam mowę, a poźniej nie pozwalają przestać mówić. " Mimo tego, że głowę i mowę mam dalej mało poukładaną, decyduję się pokazać troszkę tego, co widzieliśmy miesiąc temu. Dzięki uporowi Mirka i nieocenionej pomocy Kasi i Maćka w załatwianiu biletów lotniczych Pokusfocus po raz kolejny wypełni się zdjęciami podróżniczymi. Oprócz dochodzenia do siebie sporo czasu zajęły naprawa serwisowa komputera i ogarnięcie zdjęć. Na szczęście zapach i dźwięki miasta Porto czuję wciąż bardzo wyraźnie. Bez zbędnych wstępów zapraszam do zagłębienia się w kilka kadrów z zakurzonego miasta razem ze mną... :)


No właśnie, o co chodzi z tym zakurzeniem. Porto jest drugim co do wielkości, tuż po Lizbonie, miastem Portugalii. Ciasne uliczki, stara, niemalże z własnej woli schodząca z murów farba i wszechogarniająca senność sprawiły jednak, że czułam się całkowicie wyjęta z czasu i przestrzeni. 


 Większość budynków pokryta jest błękitnymi kafelkami azulejos. Do teraz do końca nie wiem jak poprawnie przeczytać ich nazwę bo portugalski doprowadził mnie do granicy moich możliwości językowych. W każdym razie rozpiętość tematyczna kafelków rozciąga się od prostych wzorów kwiatowo-morskich aż po zilustrowaną historię Portugalii na dworcu Sao Bento. 


Tramwaje sunące ulicami Porto wznoszą się z trudem w górę tylko po to, by za moment znów opaść całym ciężarem w dół. W zasięgu wzroku zawsze majaczy jakiś kościół, jakiś budynek obłożony błękitną ceramiką.


Z każdym kolejnym punktem widokowym coraz bardziej miałam ochotę staroświecką "papugą do odkurzania"  przejechać po widoku miasta, żeby ściągnąć z niego kurz. Będąc na miejscu nie mogłam wymyślić jakie tak naprawdę są moje odczucia, wpadłam na to dużo, dużo później.


W Porto pewnego dnia zatrzymał się czas. 


Gubiąc się w ulicach widocznej na zdjęciu historycznej dzielnicy - Ribeiry trudno określić czy jest rok 1940 czy 2014. Czas rozsiadł się w porcie przy jednym z knajpianych stolików popijając słodkie wino Porto i nie wydaje się mieć żadnych innych planów na przyszłość.
 Gdybym mogła, też bym się stamtąd nie ruszała siedząc razem z nim. 


Rozleniwiony czas nie jest jedyną magią wypełniającą to miasto. Wśród ulic zabrudzonych dymem pieczonych kasztanów przemykają tu studenci, których strój był inspiracją dla J.K.Rowling do stworzenia szat w serii o Harrym Potterze. Niestety nie udało mi się ich złapać na zdjęciu, ale patrząc na nich wtedy, miałam wrażenie, że Hogwart może tak naprawdę schowany jest gdzieś między tymi starymi kamienicami... :)


Niewątpliwym urokiem podróżowania poza sezonem turystycznym jest naturalny klimat miejsca bez wypełniających go po brzegi turystów. Ludzie odwiedzali się w księgarniach i sklepach, chowali w kamienicach i na targach.


Ulice miasta wydawały się niemalże puste a jednak łudząco podobny fonetycznie do polskiego portugalski ciągle dał się skądś słyszeć. Na angielski ludzie reagowali albo powolnym przechylaniem dłoni to w prawo, to w lewo, albo zdecydowanymi ruchami głowy na boki. Udawało nam się jednak zawsze dogadać bez większego problemu :)


Włóczyliśmy się to tu, to tam, z planem lub bez. Zaciągaliśmy się Porto i patrzyliśmy - przynajmniej ja - nic niewidzącymi z wrażenia oczami na dachy starych domów. Wszystko było tak wolne, tak ciche i spokojne jednocześnie będąc totalnie nierealne i zwariowane.


Wieczorem drugiego dnia znaleźliśmy miejsce, w którym mieszkają koty. Znają się na rzeczy, widok z tamtego miejsca zostanie mi w głowie na bardzo długo.


Rozsiedliśmy się na skraju skalistego brzegu. Mirek ze statywem i  aparatem, ja troszkę za nim łącząc go z miastem znajdującym się w tle w jednym, ciągłym spojrzeniu. Wśród miauków obserwowaliśmy zachód słońca nad Porto. Patrząc na miasto, w którym stopniowo gasła szarość wieczoru a zapalały się żółte światła myśli zastygły mi w głowie.


Przeinaczając wiersz "Mała recepta na szczęście doczesne" śmiało mogę zwerbalizować moje odczucia w słowach:

Mieć 20 lat, 
zdrowie, trochę grosza 
i być wiosną w Portugalii z kimś, 
kogo się kocha.

Jak dla mnie, zdało egzamin. :)


Patrząc na zdjęcia po trzech tygodniach mam wrażenie, że to miasto mi się przyśniło.
Ale nie. 
Nie przyśniło mi się.


A co w tym wszystkim jest najlepsze?
To, że był to zaledwie początek.... :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz